Wszystko już było?

Jest 3 lipca 2019 roku.

Jestem sobie na tej swojej wyspie  (można powiedzieć "siedzę sobie na Kanarach")
 w miejscu, które sama wybrałam do życia.Z wielu powodów.Napisałam o nich gdzie indziej.


No więc, siedzę tutaj sobie cichutko, ale jako, że nie spuszczam rzeczywistości z oka, widzę coraz to lepiej, z daleka rzeczywiście lepiej widać, szerzej po prostu.Z jednej strony mam Europę, obok Afrykę, z drugiej Amerykę Południową. Ale o tem potem.
Oto co widzę z bliska.
We wsi mam sąsiadów z  różnych, na pozór dalekich światów.Naprawdę na pozór.
Lokalsi to cztery czy pięć generacji mieszanego pochodzenia, ale mówią językiem hiszpańskim, więc są potomkami konkwisty.Z prawej strony Nikolas, były kierowca ciężarówki, po dwóch zawałach.Jego rodzina to żona pochodząca z tej samej wyspy i córka 17-letnia uczennica.Wszyscy dość tędzy, nie przyjmujący do wiadomości, że pączki są powodem ich kłopotów z utrzymaniem wagi i ze zdrowiem.Aktywności fizycznej nie wykazują, 
wszędzie jeżdżą  samochodem. Są naprawdę wzorcowym przykładem sąsiadów życzliwi, pomocni, zapraszam ich na imieniny albo Wigilię.Oni mnie też.

Z drugiej strony, od dwóch lat mieszka para: Sara, na oko 35 i Rafael,ok 40 .Włosi  z Piemontu, postawili kamper na posesji sąsiadki i mieszkają w nim ze swoim kotem, żyjąc z wytwarzania ozdób, które sprzedają turystom na targowiskach artesańal, a Lele ( tak sie do niego zwraca Sara) czasem pomaga w remontach.

Nikolas ma jakieś 3 tys m gruntu, który jest zdatny pod uprawę, naprawdę wysiłkiem kilku pokoleń ale niczego nie sieje ani nie sadzi bo stać go z renty na jedzenie z marketu, no i nie może już pracować ze względu na zdrowie.Ma kilka owocowych drzew które pieczołowicie podlewa ale potem klnie, że ptaki mu wszystkie owoce morwy zjadły. Jego żona jest z miasta (2 tys mieszkańców) wiec "nie będzie się grzebać w ziemi".Rzadko ją widuję bo praktycznie nie wychodzi z domu, chyba, że do samochodu żeby pojechać z mężem do miasta.Uprawy trzeba podlewać, pielić, mąż nie ma zdrowia ani siły, po zawałach schudł, ale po bypassach wrócił do dawnego życia i tylko patrzeć  powtórki z historii.Owszem kupił sobie rower, nawet mi się pochwalił, ale nie widziałam żeby jeździł.Lubię go bardzo, jest po staremu życzliwy jak to sąsiad.Coś tam sobie czasem "rzeźbi"spawarką albo szlifierką na "przydasiowym" podwórku.
Sara, Włoszka, sąsiadka de otro lado, jeździ ze swoimi wyrobami  na targ i raz się z nią zabrałam, żeby zobaczyć co robi i przy okazji się poznać.Pochodzi z małej wsi w Piemoncie, jej chłopak z tej samej, są parą od zawsze.Żyją w kamperze wokół którego posadzili pomidory i zioła.Robią kompost i mają małą, przykamperową oczyszczalnię ścieków, którą wykorzystują do podlewania drzewka które posadzili. Ona ma  delikatną twarz anioła, słodki głos z bardzo śpiewnym akcentem, mówi trzema językami. On uczył się  sztuki odnawiania starych ściennych malowideł.Są wegetarianami i sporo czasu spędzają na pracy, ona szyje torebki ze starych dżinsów, on pięknie  maluje kamienie albo ludziom ściany.To życie to spełnienie ich marzeń. Eko generacja.W Italili chcieli mieć własną pizzerię, nwet coś zaczeli, ale kiedy Lele się zorientował jak funkcjonuje "system" uznali, że nie będą pracować na polityków.

Pracując w ogrodzie odmierzam sobie czas pracy stawiając odtwarzacz CD na parapecie i puszczam muzykę na cały regulator ( jedna płyta to ok jedna godzina), a mam 2 tys metrów i skłonność do nadmiernego rozpędzania się w pracy-stąd ten zegar muzyczny-  widzę, że sąsiad wtedy też otwiera drzwi i słucha.Bardzo lubi muzykę.Nawet udało mu się namówić córkę do nauki gry na ukulele.
Sąsiedzi.
Jedni i drudzy maja internet i telewizję ale nie zauważyłam, żeby martwili się zmianą klimatu.Choć mogliby ponarzekać, bo czerwiec był o jakiś jeden stopień chłodniejszy niż przeciętna, nie padało od października zeszłego roku, ale kto by tam narzekał.Słońce wstaje codziennie tak samo i zachodzi tak samo.Wiatr czasem słabnie, czasem się wzmaga, ale tak tutaj było od milionów lat.Człowiekowi udało się tylko wpaść na chwilę i posadzić parę palm oraz postawić kilka hoteli.Za kilka milionów lat nie będzie po nich śladu.Kto by się przejmował.Kawy w barze się trzeba napić i napaść oczy pięknym spokojnym krajobrazem.





Jaszczurki dokarmiam i poję,one                                             łapią muchy i komary.





                                

 Mój kot, Wakanaka czasem siedzi na parapecie a czasem na tarasie ogląda zachody słońca.



Spacer 15 minutowy albo rower i takie oto okolice.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Przyjechałam, rozejrzałam się, zostałam.

Przygoda filmowa.

Zmiany? Stąd nie widać żadnych zmian.